Opowiem Ci o przeszłości - Julek od kóz

***
19 marca Władysław Gomułka określił protesty jako antysocjalistyczny spisek syjonistyczny. Rozpętała się nagonka na osoby pochodzenia żydowskiego.
Julek od kóz
- Tatku, co znaczy „Syjomiści do Syjamu”? - zapytałem ojca wchodzącego właśnie do kuchni.
- Co? Gdzieś ty, Szymuś, takie zdanie usłyszał? - zapytał zdumiony.
- Przed chwilą coś takiego powiedzieli - tłumaczyłem, spoglądając w stronę wiszącego na ścianie kołchoźnika.
- A myślisz, że ja wiem? Siedem klas skończyłem, ale nas o syjomistach nie uczyli – wyjaśnił. - Mnie się widzi, że chodzi o syjonistów, ale i tak nie wiem, kto to. Wziąłbyś się lepiej do roboty, matce pomógł przy świniach, a nie słuchasz takich...tam… - dodał, machnął ręką i wyszedł do gumna.
Na dworze było jeszcze zimno, więc po powrocie ze szkoły przeważnie siedziałem w domu. Często sam lub z młodszym bratem, którym się opiekowałem pod nieobecność rodziców. Głos płynący z radia mnie zainteresował. Raz mówili o jakichś dziadach, potem o studentach, co się nie chcą uczyć, wreszcie o ciężko pracujących robotnikach, którzy popierali ”ład i porządek”, jakie w kraju wprowadzała władza. Ja też byłem za porządkami, bo tatko zawsze mówią, że tam, gdzie porządek, tam jest co do garnka włożyć.
Mijały tygodnie, przyszła Wielkanoc. Znów w poniedziałek zaspałem i tatko nas z bratem polał wodą jeszcze w łóżkach. Mama się złościła, że potem pierzyn nie dosuszy. Przykładała je w pokoju do pieca, bo zawsze jak się w kuchni coś gotowało, to on był długo gorący.
- Porządny zdun go zrobił, to i dobrze grzeje – pochwalił ojciec swojego szwagra, który ten fach miał w jednym palcu. Biegły tygodnie za tygodniami. Zrobiło się ciepło, a po deszczach puściła się trawa i ...ziele w ogródku. Tatko się cieszył z trawy, bo można będzie krowy pod łąki ganiać. Matka utyskiwała, że ziele szybciej rośnie niż warzywo, więc dużo czasu spędzała przy pieleniu w przydomowym ogródku.
Któregoś dnia przypomniały mi się te marcowe gadki z radia, bo zobaczyłem na drodze Julka Barcaków. Chudy był i pokrzywiony, to mi się od razu przypomniały dziady z Budzieszyna, gdzie mnie kiedyś dziadek Franek z babcią Anielą zabrali na odpust. Tam, przy świętym źródełku, siedziało ich wielu, jeden przy drugim. Wyciągali ręce i prosili o parę groszy, więc każdy z pielgrzymów, przeciskając się do świętej wody, musiał im coś wysupłać. Babcia też wyjęła kilka pieniążków z węzełka zrobionego z chusteczki do nosa i włożyła w ręce tych najbardziej chromych i budzących litość.
Przyglądałem się Julkowi i uznałem, że bardzo przypomina także Żyda z książeczki do nabożeństwa. Swoim odkryciem podzieliłem się z kolegami:
- Julek to pewnie Żyd, a wszyscy Żydzi to zakała, element antykomunistyczny.
- Co ty gadasz? Julek to żaden element antykomunistyczny - wyśmiał mnie Stasiek.
- On pasie nasze krowy – Janek się puknął w czoło i sobie obaj poszli.
Nie znalazłem u nich zrozumienia, więc sam i po swojemu postanowiłem oczyścić naszą wieś z podejrzanych osób. Zamierzałem wykorzystać podarowaną przez ojca procę i kasztany, z tych, co to mi zostały z tamtego roku. Zaczaiłem się na Julka wieczorem i dałem ognia. Trafiłem go w szyję i uciekłem, ale nie miałem pewności, czy mnie nie rozpoznał.
Na wszelki wypadek schowałem procę i przez kilka dni jej nie używałem. Wkrótce się przekonałem, że jednak mnie zapamiętał. Kiedy wracaliśmy z chłopakami z boiska, gdzie graliśmy po południu w piłkę, on akurat gnał bydło z łąk. Zainteresowały mnie kozy, bo już nikt inny we wsi ich nie miał, więc się na nie zapatrzyłem. I on to wykorzystał. Na tym krótkim odcinku między barakiem a jego chałupą, niby przypadkiem strzelił batem tak, że rzemień sięgnął mojego ucha. Zabolało, więc się za nie złapałem.
- Rozciął mi skórę! - wrzasnąłem z bólu, bo bardzo piekło. Chłopaki obejrzeli ucho, ale rany żadnej nie znaleźli. Oburzyło ich zachowanie pastucha.
- Powiedz swojemu ojcu, to do niego pójdzie i mu nagada. Co sobie taki kuternoga myśli?
Nie zamierzałem się ojcu poskarżyć, bo się bałem, że wyjdzie na jaw to zdarzenie z procą. Na wszelki wypadek naciągnąłem na uszy czapkę, żeby w oczy się nie rzucało zaczerwienienie. Trzymałem się z daleka od rodziców, co nie było trudne, bo byli zajęci swoją robotą, a ja zabrałem się po powrocie do odrabiania lekcji. Po kilku godzinach ucho wróciło do swojego dawnego koloru, więc odetchnąłem z ulgą i siadłem do kolacji. (…)
Wiesława Kwiek
« wróć | komentarze [0]
Dodaj komentarz
Komentarze do tego wpisu
Nie utworzono jeszcze komentarzy dla tego wpisu